|
|
Ewa Siemaszko 7 września 2008
Wołyński skarb w otwockim kościele
Tak zatytułowałam poniższy tekst, ponieważ pragnę pokazać jak wielką wartość z różnych względów ma wizerunek Matki Bożej Swojczowskiej znajdujący się w tutejszym kościele. Łaskami słynący obraz Matki Bożej Swojczowskiej do końca sierpnia 1943 roku znajdował się w kościele p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Swojczowie na Wołyniu, niezbyt dużej wsi ukraińsko-polskiej w przedwojennym powiecie Włodzimierz Wołyński, około 30 kilometrów na wschód od Bugu, mierząc tę odległość w łuku Bugu nieco poniżej Horodła i nieco powyżej Hrubieszowa, a w końcu lipca 1944 r. opuścił Wołyń. Parafia swojczowska istniała od 1606 r. Wtedy to kasztelanowa wołyńska Ewa z Malina Łahodowska postawiła w Swojczowie, wsi będącej jej własnością, drewniany kościół pw. Najświętszej Panny Marii. W 1787 r. w miejsce kościoła drewnianego powstał kościół murowany dzięki hojności podczaszego królewskiego Feliksa Czackiego. A więc kościoły parafii swojczowskiej stawiali polscy magnaci, ale nie tylko dla siebie – w samym Swojczowie oraz okolicy w tym czasie żyli katolicy obok unitów i prawosławnych. Choć było to już po I rozbiorze Polski, wtedy jeszcze większość ziem Wołynia należała do Rzeczypospolitej. Prawie 20 lat później w 1995 r. Rosja, Prusy i Austria dokonały III rozbioru Polski i Wołyń z parafią swojczowską na 123 lata przypadł Rosji, która tępiła polskość i Kościół katolicki. Powrót do Polski nastąpił po I wojnie światowej. Obraz Matki Bożej Swojczowskiej nie jest jedynym samym w sobie wizerunkiem – jest to kopia Matki Bożej Śnieżnej z rzymskiej bazyliki Matki Bożej Większej namalowana w XVII w. Dokładna data powstania obrazu, jak i data umieszczenia go w kościele w Swojczowie nie jest znana. Dla parafian obraz był tam „od zawsze”. Niewątpliwie ten wizerunek może mieć już około 350 lat i chociaż jest to kopia, to jednak jest to cenny zabytek –i dla tutejszego kościoła i dla miasta Otwocka. Warto przy tym sobie uświadomić, że parafia tutejsza erygowana była w 1911 r., a budowę kościoła ukończono w 1935 r., zatem 97-letnia parafia i kościół liczący tylko 73 lata posiadają 350-letni zabytek, w dodatku jest to obraz święty, za pośrednictwem którego Matka Boża przez setki lat obdarowywała wiernych pomocą w ich trudnych i bolesnych sprawach. Toteż na Wołyniu w Swojczowie z wielką czcią modlili się Przed Matką Bożą nie tylko Polacy-katolicy, ale i Ukraińcy – najpierw unici, potem (od 1839 r.) prawosławni. Prawosławni mówili o obrazie Maty Boża Preczysta. Tak jak w Otwocku, odpust w Swojczowie odbywał się 8 września. Ściągali nań tłumnie wierni nawet z odległych miejscowości i innych parafii, przeważnie furmankami. Była to także okazja do spotkań rodzinnych i towarzyskich, podczas kórych załatwiano różne sprawy, łącznie ze swataniem nowożeńców. Parafia swojczowska tuż przed wybuchem II wojny światowej liczyła ok. 4300 wiernych, Polaków, żyjących w 55 wsiach i koloniach. Ostatnim proboszczem był ks. dziekan Franciszek Jaworski. Wokół Swojczowa pomiędzy wsiami ukraińskimi rozrzucone były niewielkie kolonie polskie, niektóre odległe od kościoła o 10 km. Sam Swojczów był zamieszkany w połowie przez Polaków, druga połowa to Ukraińcy. 31 sierpnia 1943 r. parafia swojczowska przestała istnieć po 337 latach. Z jej końcem związane są dalsze losy obrazu i okoliczności przybycia do Otwocka. Do II wojny światowej stosunki między ludnością polską i ukraińską układały się w miarę dobrze. Nie było żadnych widocznych poważnych konfliktów. Szanowano się wzajemnie, w święta katolickie prawosławni Ukraińcy nie pracowali w polu, i odwrotnie – w ich święta nie pracowali Polacy-katolicy. Normalne stosunki między sąsiadami Polakami i Ukraińcami okazały się później nietrwałe. Już we wrześniu 1939 r. w pobliżu szosy Włodzimierz-Łuck, od której Swojczów był oddalony o 10 km, miały miejsce napady Ukraińców na przemieszczające się grupy żołnierzy WP i na uchodźców z Polski centralnej, którzy uciekali na wschód przed Niemcami. Nie były to tylko napady rabunkowe, ale także zabójstwa. Sytuacja uległa uspokojeniu krótko po 17 września, gdy Wołyń po agresji sowieckiej opanowało NKWD, które zaprowadziło własny terror i nie pozwalało na jakieś samowolne akty zbrodnicze. Na zbrodnię monopol miało NKWD, ale też korzystało z donosów i działań milicji ukraińskiej. Od czerwca 1941 r., kiedy to Niemcy hitlerowskie napadły na Związek Sowiecki, coraz częściej zdarzały się akty agresji wobec Polaków ze strony Ukraińców. Uaktywniła się wówczas Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), która stawiała sobie za cel wywalczenie niepodległego państwa ukraińskiego, ale bez Polaków i innych narodowości, na pierwszym miejscu stawiając Polaków jako niepożądaną nację. Organizacja ta działała nielegalnie przed wojną, a pod okupacją sowiecką jej działalność została stłumiona przez sowieckie represje, natomiast pod okupacją niemiecką, za przyzwoleniem i przy daleko idącej tolerancji władz niemieckich, rozwinęła się na wielką skalę. Z OUN ściśle współpracowała policja ukraińska w służbie niemieckiej, która od 1941 r. terroryzowała ludność polską, śledząc, aresztując, bijąc, rabując, a nawet zabijając. W 1942 r. policjanci ukraińscy zarządzili, by Polacy w Swojczowie wywiesili na drzwiach wykaz mieszkańców, a w 1943 r. wydali kolejne dręczące Polaków zarządzenie – zakaz zamykania domów, co ułatwiało policji nagłe najście i rewizję o każdej porze. Z policją współpracowali do tego sąsiedzi Ukraińcy. Toteż zaszczuci Polacy stali się bezsilni. Osaczenie ze wszystkich stron, brak broni i jednostek przywódczych, spowodował, że trwano w swoich gospodarstwach, nie myśląc o samoobronie i licząc, że jakoś się przetrwa. Tak więc zagrożenie narastało. Prowadzona na wielką skalę agitacja przez OUN spowodowała, że ukraińscy sąsiedzi stawali się coraz bardziej niechętni, potem nienawistni. W 1943 r. w lasach w okolicy Swojczowa pojawiła się ukraińska partyzantka zorganizowana przez OUN, zwana Ukraińską Powstańczą Armią (UPA). W I połowie 1943 r. w tym rejonie ukraińscy nacjonaliści mordowali pojedyncze osoby, przeważnie mężczyzn. Pierwsze napady UPA na całe osiedla polskie miały miejsce w lipcu 1943 r. Zginęło wtedy ok. 270 osób w 4 miejscowościach. W tym też czasie wszystkie drogi zostały obstawione przez uzbrojonych upowców, którzy wszystkich legitymowali, i albo nie przepuszczali albo mordowali. W lipcu 1943 r. w Swojczowie Ukraińcy urządzili punkt obserwacyjny na strychu w centrum wsi, by mieć pod kontrolą Polaków, a do polskich domów zostali przydzieleni Ukraińcy, którzy pilnowali i śledzili, co robią Polacy. Domy polskie były nawiedzane przez agresywne bojówki, które sprawdzały wg listy gdzie kto jest z danego domu. Terror był nie do zniesienia. Pogróżki dochodziły też do księdza, w związku z tym jeden z gospodarzy Andrzej Rusiecki wywiózł potajemnie księdza do Włodzimierza Woł. W sierpniu 1943 r. oprócz pojedynczych morderstw doszło do napadu na jedną polską kolonię, w której wymordowano ponad 80 Polaków. Wkrótce potem, w końcu sierpnia, w niedalekiej ukraińskiej wsi uchwalono „skończyć z Polakami”. Zgodnie z tą uchwałą 29 sierpnia 1943 r. w 14 miejscowościach parafii Swojczów wymordowano prawie 1000 Polaków. 30 sierpnia dokonywano wyłapywania Polaków, którzy nie zdążyli uciec, a 31 sierpnia uderzono na siedzibę parafii – Swojczów, ostatnią miejscowość parafii. W Swojczowie tego dnia zamordowano co najmniej 96 osób – na terenie wsi i na cmentarzu, gdzie schronili się ludzie. Gospodarstwa zostały splądrowane, większości nie palono, bo były rozrzucone między ukraińskimi. Rano tego dnia Ukraińcy, po obrabowaniu kościoła, dwukrotnie, bezskutecznie, usiłowali wysadzić w powietrze murowany kościół, gdzie w ołtarzu znajdował się obraz Matki Bożej. Po dwóch nieudanych próbach wysadzenia kościoła w powietrze, ktoś powiedział, że trzeba usunąć święty obraz. Dopiero wtedy, przy trzecim zaminowaniu, kościół został zrujnowany, a szatan zatriumfował: pomordowani wierni i zniszczona ich świątynia. Oto prawosławni Ukraińcy, a więc chrześcijanie niszczyli kościół, do którego przychodzili modlić się przed świętym obrazem. Obraz zabrały do cerkwi dwie stare Ukrainki. Nieco później upowcy zburzyli jeszcze kaplicę cmentarną i zdewastowali cmentarz. Parafia swojczowska przestała istnieć. Od września 1943 r. w Swojczowie i w okolicy nie było już Polaków. Z rąk nacjonalistów ukraińskich zginęło około 2000 tys. parafian. Polacy, których nie dopadli Ukraińcy, w dramatycznych okolicznościach przedzierali się do miasta Włodzimierz Wołyński lasami i bagnami, omijając ludzkie osiedla. Duże grupy z lęku przed napadem w drodze, zanim dotarły do miasta, ukrywały się po kilka tygodni w lasach, żywiąc się zabieranymi ukradkiem produktami z pól i ogrodów. O losach cudownego obrazu nic nie było wiadomo przez 8 miesięcy – aż do maja 1944 r. Wtedy front sowiecko-niemiecki był niedaleko, 30 km od Włodzimierza Woł., i z garnizonu będącego w tym mieście Niemcy jeździli w różnych sprawach do swych walczących jednostek. W armii niemieckiej, zwłaszcza wśród szeregowych, w związku z widoczną bliską przegraną, następowało rozprzężenie – można było z nimi zahandlować, coś załatwić, zwłaszcza gdy natrafiło się na Ślązaka mówiącego po polsku – było ich wielu i okazywali zrozumienie dla miejscowych Polaków. W tym czasie, tj. w maju 1944 r., dwie młode dziewczyny, byłe mieszkanki Swojczowa, Zofia Rusiecka i Władysława Bydychaj, które po ucieczce ze Swojczowa przebywały i pracowały we Włodzimierzu Woł., dowiedziawszy się, że Niemcy będą jechać samochodem na front, załatwiły, że pojadą z nimi do Swojczowa, by zabrać ukrytą w gospodarstwach żywność. Polscy uchodźcy ze wsi w miastach cierpieli straszliwy głód, niektórzy pozostawili jakieś zapasy żywności ukryte w różnych miejscach, ale bez eskorty zbrojnej, nie można było się poruszać, gdyż nadal groziło to zamordowaniem przez UPA. Ale i eskorta nie gwarantowała stuprocentowo bezpieczeństwa. Tak więc te dwie młode dziewczyny dużo ryzykowały w drodze do Swojczowa, a przede wszystkim w samym Swojczowie, gdzie w każdej chwili mogły być zamordowane przez jakiegoś Ukraińca. Na miejscu Zofia Rusiecka dowiedziała się, że obraz jest w cerkwi, a także kto zrabował złote naczynia liturgiczne. Informatorką była Ukrainka, żona przywódcy UPA w Swojczowie. Wejście z nią w kontakt było szczególnie niebezpieczne. Na szczęście zaskoczenie i krótki pobyt w Swojczowie uchroniły przed zamordowaniem. Po powrocie do Włodzimierza Woł. matka jednej z dziewczyn powiadomiła księdza Stanisława Kobyłeckiego z parafii pw. św. Joachima i św. Anny we Włodzimierzu Woł., że obraz ocalał i jest w Swojczowie. Ksiądz postanowił obraz odzyskać. Ks. Stanisław Kobyłecki, proboszcz kościoła farnego, był w tym czasie we Włodzimierzu postacią najważniejszą spośród duchowieństwa. Z jednej strony był powiązany z konspiracją Armii Krajowej, a z drugiej strony radził sobie doskonale w kontaktach z Niemcami, załatwiając różne sprawy dla ludności polskiej i podziemia akowskiego. Przekonał więc władze niemieckie do zapewnienia zbrojnej ochrony i udostępnienia samochodu w celu przywiezienia obrazu ze Swojczowa. Zanim do tego doszło Zofia Rusiecka i jej ojciec byli kilkakrotnie przesłuchiwani przez władze niemieckie na okoliczność bytności Rusieckiej w Swojczowie. W wyprawie po obraz uczestniczyli proboszcz Swojczowa ks. Franciszek Jaworski, byli mieszkańcy tej wsi Andrzej Rusiecki i jego córka Zofia oraz dwaj żołnierze niemieccy. W okolicznościach zagrożenia życia ze strony nacjonalistów ukraińskich, mimo ochrony niemieckiej, obraz został zabrany z cerkwi i przewieziony do kościoła farnego we Włodzimierzu Woł. I wówczas, jak podczas poprzedniej bytności Polek w Swojczowie, działano szybko i przez zaskoczenie. Podczas tej wyprawy ocalona została ponadto Polka z 9-letnim synkiem, przez 8 i pół miesiąca ukrywana z narażeniem życia przez sprawiedliwą rodzinę ukraińską – w bardzo złym stanie psychicznym została zabrana z dzieckiem ze Swojczowa do Włodzimierza. Niewątpliwie ks. Kobyłecki załatwił coś nadzwyczajnego i paradoksalnego: oto wrogi i antyreligijny okupant, narzędzie szatana, dał transport z eskortą, aby uratować święty obraz dla Kościoła katolickiego, którego duchowieństwo tenże okupant wyniszczał. I dalej: wraz z niemiecką eskortą po obraz mogli pojechać byli mieszkańcy Swojczowa Zofia Rusiecka ze swym ojcem oraz proboszcz Swojczowa ks. Jaworski – niedoszłe ofiary ukraińskich mordów, przed którymi chronili ich wtedy niemieccy wrogowie. W drugiej połowie lipca 1944 r., w związku ze zbliżającym się do Bugu frontem sowiecko-niemieckim, Niemcy zarządzili ewakuację ludności cywilnej z Włodzimierza Woł. Wprawdzie nie wszyscy Polacy poddali się temu zarządzeniu, ale w ciągu dwu dni zorganizował się konwój furmanek z ludnością, księdzem Kobyłeckim i siostrami zakonnymi. Na jednej z furmanek jechała Matka Boża Swojczowska. Równolegle do konwoju Polaków, obok nich, wycofywali się za Bug przegrani Niemcy. Pod koniec sierpnia 1944 r. obraz przewieziony został do Świdra koło Otwocka i oddany pod opiekę Sióstr Terezjanek. Od 1945 r. obraz znajduje się z kościele pw. Św. Wincentego a Paulo. Matka Boża Swojczowska jest tu otoczona wielką czcią i kultem, do czego w wielkiej mierze przyczynił się były proboszcz ks. Jan Świerżewski. Obraz zniszczony zębem czasu i tułaczymi okolicznościami był dwukrotnie poddany renowacji i konserwacji, ostatniej dokonał w 1987 roku prof. Marian Paciorek w pracowni konserwacji dzieł sztuki na Wawelu. Ogromna liczba wot, które otaczają wizerunek Matki Bożej i są złożone w archiwum kościelnym, świadczą o opiece Matki Bożej i licznych łaskach zsyłanych na współczesnych parafian. Dlatego mieszkańcy Otwocka oddali swe miasto w opiekę Matce Bożej Swojczowskiej. Na prośbę Rady Miasta i Prezydenta Otwocka w 1993 r. ks. bp Kazimierz Romaniuk, ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej, w obecności biskupów pomocniczych, za przyzwoleniem ks. arcybiskupa Lwowa Mariana Jaworskiego, dokonał aktu zawierzenia miasta opiece Matki Bożej. Odtąd Matka Boża Swojczowska jest patronką Otwocka. W 55 lat po wyrzuceniu Matki Bożej z kościoła w Swojczowie i zburzeniu Jej świątyni, na prośbę ks. proboszcza Jana Świerżewskiego, parafian i dawnych mieszkańców Swojczowa, dzięki przychylności ks. bpa Romaniuka, 8 września 1998 r. arcybiskup Lwowa ks. Marian Jaworski uroczyście obraz koronował. Nowe korony i sukienki są wykonane z wot złożonych przez tutejszych parafian. Obecny probosz ks. Bogusław Kowalski przejął od swego poprzednika wołyński skarb i wkłada wiele wysiłku, by Matka Boże była otoczona należytą czcią, by jej kult się rozwijał i ściągał wiernych do otwockiej świątyni. W tym roku w związku z jubileuszem koronacji obrazu poddał konserwacji ramę i sukienki. A jest to prawdziwy skarb: przede wszystkim świadek walki dobra ze złem. To Matka Boża broniła swej świątyni przed barbarzyńskim burzeniem. Gdy dookoła opętani faszystowską ideologią Ukraińcy szaleli z nienawiści do wszystkiego, co związane z polskością, dwie Ukrainki miały odwagę ocalić od zniszczenia poniżony obraz, umieszczając go w cerkwi. Do odzyskania obrazu przyczynili się też Niemcy, członkowie narodu, który był sprawcą niewyobrażalnego zła uczynionego nam Polakom. Przypadkowe odnalezienie obrazu to też znak, że niewidzialna ręka pokierowała dwiema swojczowskimi dziewczynami i ich wyprawa w walce o byt zaowocowała zdobyczą duchową. Widocznie Matka Boża nie chciała tam już pozostać, gdzie tylu jej parafian zostało okrutnie zamordowanych. Była przecież świadkiem tego strasznego zła, a jej wizerunek pociechą dla tych co ocaleli. Jest też ten wizerunek przestrogą – zło przecież powtarza się. Ale to nie tylko skarb moralny. Jest to też skarb kultury polskiej i sztuki sakralnej – po prostu zabytek, o który trzeba dbać i który trzeba chronić – przed niewypowiedzianym złem. Obecnie nie ma w Swojczowie kościoła, nie ma tam i w okolicy katolików. Wołyniacy postawili tam metalowy krzyż z kopią Matki Bożej Swojczowskiej na pamiątkę istnienia parafii, kościoła i w hołdzie pomordowanym Polakom. Wołyniacy, dziś bardzo starzy ludzie, póki starcza zdrowia i sił, przyjeżdżają raz w roku pokłonić się Wołyńskiej Pani i złożyć u Jej stóp swe cierpienia i prośby. |
|
|