|
admin
 |
| |
Świadectwo Jarka z Rejsu Ojców 2009
galeria
foto
Artykuł z
"Posłańca Świętej Rodziny"
Mazury przywitały nas 19 maja piękną pogodą i kontrolą radarową tuż
przed Giżyckiem (uff - tym razem się udało, ale chyba nie wszyscy
mieli to szczęście…). Mój GPS zgłupiał pod koniec i gdyby nie Marian
Bełkot to miałbym kłopot z dotarciem na miejsce. W końcu dojechałem
z trzema synami: Szymonem, Łukaszem i Michałem na przystań Mariana.
Nasza łódka, choć jako jedna z najmniejszych w gronie 18 żaglówek
śmigała naprawdę bardzo fajnie na małym wietrzyku. Nasz sternik Adam
okazał się bardzo wytrawnym żeglarzem i już wkrótce śmigaliśmy
wykorzystując nawet minimalne podmuchy wiatru – tu potwierdziła się
klasa łódki, która wygrała w klasie T3. Do nowego portu w LOK w
Giżycku trafiliśmy i wkrótce wieczorkiem zasiedliśmy wspólnie z
pozostałymi uczestnikami rejsu do mszy koncelebrowanej przez
niestrudzonego ks. Andrzeja i ks. Mirka. Po mszy otrzymaliśmy
charakterystyczne dla naszego rejsu czerwone prostokątne bandery i
czerwone czapeczki – brawo dla organizatorów.
Rankiem po porannej toalecie wyruszyliśmy w rejs, którego główną
siłą napędową w pierwszym dniu była Yamacha 5,9 KW – no cóż tak też
bywa jak nie wieje. Za to moi trzej synowie i Kuba syn Adama
wykazali się odwagą i po kolei zapoznawali się z wodami Niegocina
balansując na kole ratunkowym ciągniętym za naszym Bolerem 805. Woda
jednak tego dnia była wyjątkowo rześka, więc czym prędzej zawitali
nam na pokład.
Potem kolejne kanały, msza na Kuli, podczas której dokonaliśmy aktu
pojednania z dziećmi i troszkę „regacenia” na Tałtach by przycumować
na pierwszy nocleg. Wcześniej oczywiście modlitwa z wiszącą nad nami
czarną chmurą burzową, rozbicie namiotu nad pokładem (okazało się,
że nasz namiocik się tak spodobał pozostałym załogom, że też
postanowiły rozbić podobne u siebie) potem wieczorne (nocne) granie
na gitarze, wspólna dwurodzinna modlitwa i kima.
Rankiem znowu „regacenie” a potem odpalamy fajerę i azymut na
Mikołajki. W Mikołajkach klapa, bo Orlen zamknięty, więc nasz
sternik dzielnie atakuje zbiornik i już po pół godzinie mamy „wachę”
z innego Orlenu na dalszy rejs. Jeszcze tylko wyławiamy bucik
Szymka, który postanowił zapoznać się z Tałtowskimi wodami. Po
drodze nawiązujemy wzrokową znajomość z jachtami, które płyną w
przeciwnym do nas kierunku mylnie sądząc po banderze, że to „nasi”
(cóż geometria się kłania) – owszem mają czerwone bandery – ale
trójkątne a nie tak jak nasze prostokątne.
Wracając na prawidłowy kurs docieramy do Bełdan a konkretnie do
grodu Galindia krainy historycznego plemienia Galindów. Cóż w tym
pogańskim miejscu odprawiona zostaje kolejna msza przez naszych
pasterzy. Ksiądz Mirek trafia ze swoim kazaniem do dzieci a ksiądz
Andrzej „daje nam popalić” w części kazania dla ojców. Cóż taka jest
prawda, że rola ojca jest nie do przecenienia. Wartości, które
wyniesie dziecko ze swojego domu rodzinnego, obserwacje rodziców
procentują potem w jego dorosłym życiu. Tego dnia przyszło do nas
Słowo (J 16,16-20), które ks. Andrzej skomentował słusznie
wskazując, że wartości, które są bliskie naszej wierze są dziś mało
popularne i świat oferuje nam wiele „atrakcji” – tak naprawdę świat
chce niszczyć dobro i miłość – umiejętność wyboru zależy od nas a
tym samym chodzenia czasami pod prąd. Jakże cenne były te słowa.
Podczas mszy błogosławiliśmy znakiem krzyża nasze dzieci (róbmy to
nadal w codzienności). Po mszy obiadek i pora wracać - tym razem
kierujemy się na hotel Gołębiewski – oczywiście do przystani a nie
do jego pokoi. Wieczorna modlitwa, apel i …. burza, połączona z
ulewnym deszczem - ale Adam przezornie wcześniej rozbił namiocik
więc u nas spoko za to dość duży ruch na pozostałych jachtach, które
zapomniały o namiotach i w deszczu pośpiesznie stawiają namioty – my
w tym czasie degustujemy konserwy.
Rankiem po mszy, na której usłyszeliśmy Słowo wg (J 16,20-23a) –
znowu powróciła tematyka relacji ojciec dzieci ojciec żona, ks.
Andrzej wskazywał, że nie zawsze jest łatwo, czasami musimy ponieść
ofiarę i szanować się nawzajem. Po mszy otrzymaliśmy informacje
(ulotki) o dostępnych rekolekcjach prowadzonych przez Misjonarzy
Świętej Rodziny.
Po śniadanku większość łódek popłynęła dalej a nasze Bolerko 805
poczekało, aż jego załoga zażyje kąpieli w hotelowym parku wodnym –
była niezła jazda w rurach, na „cebuli”, jacuzzi i basenach
ługowych. Wypłynęliśmy rozstając się z pozostałą częścią grupy –
musieliśmy wracać o 1 dzień wcześniej, na dodatek dokooptowano nam 4
członków załogi, którzy też wracali wcześniej.
Cóż było nas, więc dość sporo jak na możliwości Bolerka, ale i z tym
sobie ten jachcik poradził. Na Niegocinie „szacunek” wiało już
nieźle, więc nasze pokładowe jaskółki dały o sobie znać wysypując
swoją zawartość do środka kabiny. Nie jestem znawcą, ale wiało chyba
coś pomiędzy 4 a 5. Śmigaliśmy na falach jak ta lala a ja pod okiem
sternika Adama starałem się przepłynąć Niegocin bez mocnych
przechyłów – no cóż było z tym różnie. W końcu wysadziliśmy
autostopowiczów w nowym LOKu i popłynęliśmy do Mariana oddać mu jego
Bolerko.
Na koniec pożegnanie z jeziorem, komarami i naszymi przyjaciółmi z
Gdyni. Adam wielkie dzięki za Twój spokój, wiedzę żeglarską i
znajomość, którą zawiązaliśmy podczas rejsu (okazało się, że
żeglarstwo ma jednak wiele wspólnego z szybownictwem – moim dawnym
sportem).
Panie Boże dziękuję za te piękne dni, podczas których poznałem
ciekawych ludzi i zrobiłem kolejny kroczek do pogłębienia relacji z
moimi synami, dziękuję Ci Boże za: pogodę, kapłanów Andrzeja i
Mirka, którzy swoimi kazaniami wskazywali nam i naszym pociechom
drogę (przyznam że jeszcze nie słuchałem kazania w wykonaniu duetu
kapłanów, ale doświadczenie było bardzo pozytywne), wszystkich
uczestników rejsu i na koniec organizatorów, bez których ten rejs by
się nie odbył.
Galerię fotek z rejsu możecie obejrzeć na stronie LINK http://www.apaulo.org.pl/DK.html
Z Panem Bogiem
Jarek Ślubowski |

Świadectwo z
rekolekcji w Dębowcu.
Galeria foto
Rok 2008 jeszcze raz utwierdził mnie
po raz kolejny, iż to Pan Bóg jest reżyserem życia i to co człowieka spotyka
na co dzień w jego działaniach jest jakby naznaczone znakiem boskiego
dotyku.
W tym roku pojechaliśmy całą rodziną
na rekolekcje – tym razem tygodniowe pt „Rozeznawanie Woli Bożej” w Dębowcu
koło Jasła. Rekolekcje, które odbywały się w budynku sąsiadującym z
Sanktuarium Marki Boskiej Saletyńskiej. Tutaj nie po raz pierwszy okazało
się, iż natura ludzka jest bardzo krnąbrna. Już od samego początku coś mi
nie pasowało - a to ksiądz jakiś taki oschły i bardziej pasujący do postaci
wojskowej w swojej dyscyplinie niż do postaci ciepłego i wyrozumiałego
kapłana - a to mało czasu na wolne dla rodziny uniemożliwiające
dokładniejsze zwiedzenie okolic.
Jak zwykle „kusy” mącił jak mógł aby
mnie zniechęcić i po raz kolejny poniósł klęskę, bo oto okazało się, iż
dyscyplina narzucona przez księdza Kubę miała swój sens a czas wolny i tak
umożliwił mi zwiedzenie z rodziną wielu interesujących zakątków okolic
Dębowca. „Kusy” jeszcze raz spróbował pod koniec rekolekcji, gdy
przygotowywaliśmy się do spowiedzi generalnej – namawiał bym poszedł do
spowiedzi do innego księdza niż Kuba. W tym jednak momencie pomyślałem, że
coś w tym jest, że coś mnie odciąga od konfrontacji z tym księdzem.
Poszedłem mimo wszystko do ks. Kuby i myślę, że palec Boży czuwał nade mną
by się tak właśnie stało.
Dni rekolekcji upływały bardzo szybko
– nie ma to jak dwutygodniówka…. Forma prowadzenia rekolekcji w postaci
medytacji Ignacjańskich przyjęta przez ks. Kubę początkowo była dla mnie
trudna, ale potem przekonałem się do sensu kontemplacji i głębszego
rozeznawania Słowa Bożego.
Podczas wyprawy otwartych oczu w
okoliczne góry Magurskiego Parku Narodowego zastanawiałem się i podziwiałem
piękno przyrody nas otaczającej jakby pochłaniającej całą naszą grupę swoim
urokiem i rozmachem.
Na początku szlaku spotkaliśmy wartki
strumyczek o nazwie „Kłopotnica” z krystalicznie czystą wodą (foto 1 i foto
2), który zapraszał mnie bym szedł jego nurtem, obiecał, że pokaże mi wiele
rzeczy, których dotąd nie widziałem i wcale nie będę miał z tego powodów
kłopotów jak wskazuje jego nazwa - przywołał mi w myśli ludzkie życie, które
płynie wg określonego porządku – tylko Pan Bóg wie, dokąd zmierza człowiek.
Ważne by ten nie stawiał swoich tam
na drodze strumyka i nie zmieniał jego biegu wbrew niemu samemu tylko dla
osiągnięcia własnych korzyści. Czasami też człowiek musi iść pod prąd do
góry niczym pstrągi w górskich rzekach. To trudne i bardzo „nie modne” we
współczesnym świecie. Piękno strumyka nasunęło mi też myśl i refleksja
„Jakaż piękna ta nasza Polska Ziemia – jakże piękne dary dał nam Pan Bóg –
czy potrafimy z nich korzystać? Czy je dostrzegamy?
Za kolejnym zakrętem szlaku spotkałem
niezwykły widok wśród dzikiej soczystej zieleni, wśród drzew spotkałem
samotny krzyż (foto 3). Krzyż był jakby wkomponowany w górski krajobraz –
stał w miejscu jakby z boku nie narzucając się przechodzącym obok turystom –
stał samotnie jak drzewo wśród innych drzew przyjaciół. Gdy jednak na niego
zwróciłem uwagę zapraszał mnie do siebie i jakby mówił – spójrz na mnie
jestem tu – jestem wszędzie – czy mnie dostrzegasz? Moje serce woła do
ciebie człowieku – zobacz jestem tuż koło Ciebie…Był to dla mnie bardzo
wzruszający moment, do tego stopnia, że zaparowało mi szkiełko w wizjerze
aparatu. Z głębokim wzruszeniem i nadzieją poszedłem dalej by dogonić grupę
idącą dalej szlakiem.
Grupę dogoniłem po kilku minutach,
gdy odpoczywała na polanie przed wyruszeniem w dalszą drogę w górę. Jeszcze
tylko pamiątkowe zdjęcie całej grupy i już wspinaliśmy się na wyższe partie
Foluszowego lasu w Magurskim Parku.
Na samą górę doszliśmy po 20
minutach. Oczom naszym ukazał się piękny widok nagromadzonych jakby w kupie,
dużej ilości głazów (foto 4 i foto 5), wśród których jeden był dość
szczególny z odciskiem jakby dłoni – niektórzy mówili, iż to odcisk Diabła.
Głaz ten nosi nazwę „diabelskiego kamienia”, którego upuścił diabeł, gdy
zamierzał zniszczyć nowo wybudowany miejscowy kościół w Cieklinie. Tak mówi
jedna z legend. Być może Pan Bóg chciał nas po raz kolejny ostrzec, że
Diabeł istnieje i że Pan Bóg dał wolną wolę abyśmy wybierali w swoim życiu –
abyśmy nie byli biernymi marionetkami, za których sznurki ktoś pociąga.
Wychodząc z Foluskich lasów znalazłem
jeszcze wiele pięknych miejsc, które prezentuję na zdjęciach. Drzewo (foto
6), którego konary prowadzą jakby do nieba i zapraszają do wspinaczki,
kolejny głaz samotny (foto 7) jakby porzucony samemu sobie w lesie.
W drodze powrotnej znowu spotkałem znajomy strumień (fopto 8) i tym razem
poszedłem zgodnie z jego biegiem pożegnałem się z nim i podziękowałem mu za
wskazywanie mi drogi. Po drodze jeszcze znajomy krzyż, który tym razem mówił
– pamiętaj o mnie zawsze, gdy zobaczysz coś pięknego - to stworzyłem Ja Pan
Bóg Stworzyciel Nieba i Ziemi.
Rekolekcje zakończyły się tradycyjnym
dzieleniem.
Przygotował Jarek Ślubowski
Domowy Kościół z Otwocka
k/Warszawy
|
|
DOMOWY KOŚCIÓŁ
-
LINKI |



|